- Tak? – spytałam.
- No bo… -
-Hej kochanie. – przerwał Aron przytulając mnie i
jednocześnie mierząc Xerde wzrokiem.
- Ta… ja już muszę iść… - powiedziała cicho speszona
dziewczyna i odeszła w ciszy.
Następnego
dnia przyszła do mnie przyjaciółka mojej babci. Przeżyła ona Drugą Wojnę
Światową.
- Hayluniu. Ja na chwilkę do łazienki pójdę dobrze? –
spytała pani Swietłana.
Kiedy staruszka myła ręce do łazienki wparował Jacob z
plastikowym pistoletem w ręku, który jakimś cudem dostał się do mojego domu.
Najprawdopodobniej myślał, że to ja będę w łazience i chciał mi zrobić kawał. W
tym samym czasie do mojego domu przyszedł Aron.
- Hende Ho! – krzyknął.
- Aaa! Zawał mam! – krzyknęła staruszka po czym oparła się o
wannę.
- O ku*wa! – wrzasnął Jacob. Gdy tylko usłyszeliśmy krzyki z
góry pobiegliśmy tam z Aronem.
- Babciu?! – wydarł się Aron po czym spojrzał na Jacoba z
pistoletem w ręku.
- O f*ck! To ja spie*dalam. – powiedział Jacob po czym
wyskoczył przez okno. –
- Jacob! – krzyknęłam po czym zaczęłam mierzyć okolicę
wzrokiem by odnaleźć Jacoba. Na szczęście wylądował on na Jeefreyu. W tym samym
czasie Aron zbierał swoją babcię z podłogi.
- Nic ci nie jest? – pytał zatroskany chłopak.
- Ten g*wniarz zapłaci za swoje czyny! Satanista jeden! –
krzyczała babcia.
- Chodź babciu, odprowadzę cię do domu. – zaproponował Aron.
- A ty to Aronku taki grzeczny chłopaczek jesteś i ładny
taki. Heylunia ma szczęście… Takiego porządnego mężczyznę se znalazła. Do widzenia
Hayley. – powiedziała życzliwie staruszka.
- Do widzenia… - odparłam. Pomimo tak długiego czasu, nadal
nie mogę przewidzieć czynów Jacoba. Chyba za bardzo go uniewinniam. A co do
Arona… Może pani Swietłana miała rację… Może i jest idealny… A może jednak nie…
Następnego
dnia wstałam dość wcześnie. Kiedy się ubrałam postanowiłam do kogoś zadzwonić.
Nie wiem dlaczego, ale coś kazało mi wybrać numer Jacoba.
- Siemaaaa! – wydarł się Jacob. Najwyraźniej był pijany.
- Hej, moglibyśmy się spotkać? –
- Nom to za pięć minutek. –
- Nie! Teraz! – postanowiłam.
- No już… Nie tak ostro… - powiedział flegmatycznie.
- W kawiarni. –
- Jakiej?-
- Tam gdzie zawsze. – powiedziałam podirytowana.
- Okkkkk… - zakończył.
Kiedy doszłam
w umówione miejsce zobaczyłam tam
opartego o słup Jacoba…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz